wtorek, 29 maj 2012 09:22

Pierwszy list

Czytając poniższe słowa pamiętajcie, że pisałam je dokładnie 15 grudnia 2004 roku jako dorosła kobieta, która - w ramach jednego z zadań na grupie terapeutycznej dla Dorosłych Dzieci Alkoholików - wraca do swojego dzieciństwa i oczami małej dziewczynki opisuje własne emocje z tamtego okresu...

 

Kiedy byłam małą dziewczynką, mimo że nie miałam rodzeństwa, wcale nie czułam się jak przysłowiowa „ukochana córeczka tatusia”. Nigdy nie doświadczyłam takiego traktowania z Twojej strony. Nigdy nie usłyszałam, że jesteś ze mnie dumny, że we mnie wierzysz, że się cieszysz z moich mniejszych lub większych sukcesów. Nigdy mnie za nic nie pochwaliłeś. Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek powiedział, że mnie kochasz; przytulił; pocałował; bawił się ze mną; żartował. Kiedy miałam urodziny, czy imieniny nie składałeś mi życzeń, nie dawałeś prezentów. Bardzo mi tego wszystkiego brakowało. Brakowało mi prawdziwego, dobrego Taty. Brakowało mi Ciebie, Twojej obecności. Nie miałam szansy poczuć jak to jest. Czułam się za to niechciana, niekochana, niepotrzebna, niczyja.

 

Nie wyczuwałam Twojej miłości do mnie. Nie dawałeś mi ciepła, czułości, troski, poczucia bezpieczeństwa, wsparcia, spokoju i ciszy, których potrzebowałam. Nie czułam, że jestem dla Ciebie ważna. Wręcz przeciwnie – byłam przezroczysta. Nie widziałeś mnie, więc nie istniałam. Chociaż nie – bywały chwile, kiedy mnie dostrzegałeś – wtedy, gdy chciałeś wyładować swoją agresję, byłam idealną dziewczynką do bicia. Każdy powód był dobry, byle tylko wziąć pasek do ręki i dać upust swoim emocjom.

 

Moje emocje nie miały racji bytu. Nie interesowało Cię, co czuję. Nie miałam prawa myśleć po swojemu, nie miałam prawa wyrażać swojego zdania, nie miałam prawa do własnych pragnień i potrzeb. Nie mogłam się śmiać, głośno bawić, krzyczeć. Nawet płakać mi nie było wolno. Nie pozwalałeś mi na wyrażanie żadnych swoich emocji. Miałam być cicho. Nie przeszkadzać.

 

Tylko Ty wiedziałeś, co jest dla mnie najlepsze. To Ty decydowałeś o wszystkim, nie pytając mnie o nic i nie licząc się ze mną. Tresowałeś mnie jak zwierzątko w cyrku. Wszystko miałam robić tak, jak Ty chciałeś. Każda próba oporu z mojej strony kończyła się identycznie – biciem, od którego miałam całą masę siniaków, nie tylko na pupie, ale również na nogach. Wstydziłam  się rozbierać na wuefie, ale przecież Ty nic o tym nie wiedziałeś, bo nawet nie próbowałeś ze mną rozmawiać o czymkolwiek. Nie wiedziałeś co lubię, a czego nie. Nigdy o to nie spytałeś. Nigdy Cię to nie interesowało.

 

Wydawałeś polecenia i rozkazy. Tonem nie znoszącym sprzeciwu. Krzykiem i obelgami próbowałeś wymusić na mnie posłuszeństwo. Zyskałeś tylko mój paniczny strach przed Tobą, upokarzający wstyd przed pokazywaniem się w Twoim towarzystwie i przyznaniem się do tego, że jesteś moim ojcem oraz moją do Ciebie nienawiść. Powiem nawet więcej – bardzo często myślałam o tym, żeby zabić Ciebie lub siebie, bo nie byłam w stanie dłużej znosić życia w nieustannym napięciu. Wiedziałam, że jestem za mała, żeby pójść do więzienia, więc obmyślałam jak najbardziej skuteczny plan pozbawienia Ciebie życia. Nie starczyło mi jednak odwagi. Równolegle zaczęłam więc rozważać kwestię popełnienia samobójstwa. Te myśli były ze mną przez cały czas. Nigdy nie zniknęły.

 

Miałam dość czekania na Twoje przyjście i zastanawiania się w jakim będziesz stanie; nasłuchiwania Twoich kroków na schodach; pomagania matce w kładzeniu Cię do łóżka; nieprzespanych z Twojego powodu nocy; Twoich wiecznych awantur; demolowania mieszkania; wybijania szyb w drzwiach; wynoszenia różnych przedmiotów i sprzedawania ich, żeby tylko mieć za co pić; niszczenia moich rzeczy; bicia; poniżania; psychicznego znęcania się nade mną. Niczym sobie na to nie zasłużyłam. Byłam tylko bezbronnym dzieckiem. Małą dziewczynką. Twoją córką.

 

Codziennie żyłam jak na bombie zegarowej, która wybuchała w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy miałeś przyjść i kiedy już byłeś w domu, cała się trzęsłam, serce waliło mi jak oszalałe, siedziałam na podłodze z głową między kolanami, a rękami zatykałam uszy, żeby nie słyszeć Twoich pijackich wrzasków.

 

To przez Ciebie nie miałam zupełnie warunków do nauki; nie mogłam się na niczym skupić; byłam jednym strzępkiem nerwów; przerażonym dzieckiem, które czuło się jak w matni. Tęskniłam za ciszą i spokojem. Nigdy ich nie miałam. Niestety.

 

Niczego nie mogłam być pewna. Nigdy nie byłam w stanie przewidzieć co zrobisz. Byłeś nieobliczalny, a ja bardzo się tego bałam. Pamiętam, jak byłeś pijany, dawałeś mi kasety magnetofonowe. Następnego dnia mi je odbierałeś. Pamiętam jak przyszedłeś do przedszkola, a wychowawczyni nie chciała mnie z Tobą puścić do domu, bo ledwo trzymałeś się na nogach. Pamiętam pewną Wigilię, którą spędziłam u sąsiadów. Nie było wtedy choinki, bo ją zniszczyłeś. Nie było bombek, bo je potłukłeś. Urządziłeś taką awanturę, że aż przyjechała milicja i zabrała Cię do izby wytrzeźwień. A ja siedziałam piętro niżej – sama – z zupełnie obcymi dla mnie ludźmi – upokorzona, zawstydzona, przerażona tym, co się stało.  Pamiętam każde inne święta. Nie łamałeś się ze mną opłatkiem. Nie dzieliłeś jajkiem. Nie czekałeś na wspólną wigilijną kolację, czy wielkanocne śniadanie. Czekałeś tylko na chwilę, w której nareszcie otworzysz butelkę wódki, która stała na środku stołu i będziesz mógł ją opróżnić.

 

Pamiętam siebie jak wylewałam do zlewu resztki alkoholu, jaki znalazłam w domu. Robiłam to, bo nie chciałam, żebyś pił. Ty wtedy spałeś – oczywiście pijany. Pamiętam jak ukradkiem otwierałeś szafę w przedpokoju. Tam, w torbie, trzymałeś wódkę. Pamiętam dźwięk odkręcanej zakrętki i to potajemne picie. Pamiętam ten fetor, jaki unosił się w domu. Połączenie oparów alkoholu, papierosów, Twojego potu, moczu.

 

Pamiętam jak pewnego dnia zobaczyłam, że nie ma ani jednej z moich ukochanych zabawek. Doszedłeś do wniosku, że jestem już na nie za duża. Powiedziałeś, że wyniosłeś je do piwnicy. Następnego dnia widziałam je w pojemnikach na śmieci. Nie wystarczyło Ci, że okradłeś mnie z moich największych dziecięcych skarbów, bez dania mi jakiejkolwiek możliwości pożegnania się z nimi. Do tego wszystkiego jeszcze mnie okłamałeś. Zresztą, nie po raz pierwszy i nie ostatni. Obiecałeś kupić mi akordeon, który widziałam na wystawie w sklepie, ale nigdy go od Ciebie nie dostałam. Rzekomo został sprzedany. To też była nieprawda – byłam tam i on też tam ciągle był. Nie interesowało Cię to, co wtedy przeżyłam. Dla mnie to był szok. Bolało. Bardzo. Za bardzo jak na moje sześć, czy siedem lat.

 

Wszystkie rzeczy przeliczałeś na butelki wódki. Kiedyś kupiłam sobie „Encyklopedię kultury antycznej”. Spojrzałeś na cenę i powiedziałeś: „Po ch.. ci ta książka? Byłaby za to flaszka wódki”.

 

Podobno chciałeś mieć córkę. Los był dla Ciebie łaskawy. Oczywiście to Ty wybrałeś dla mnie imię. Za to akurat byłam Ci wdzięczna. Ale za to, że miałam spełniać Twoje oczekiwania – już nie. Chciałam być żywym człowiekiem, nie zdalnie sterowaną przez Ciebie zabawką. A tak się – niestety – czułam.

 

Byłam w pierwszej klasie, kiedy wyprowadziłyśmy się z matką do babci. Przyniosłeś mi na przeprosiny piórnik. Nic od Ciebie nie chciałam, poza tym, żebyś zostawił mnie w spokoju. Na to – niestety – nie mogłam liczyć.

 

Zawsze wybierałeś dla mnie te rzeczy, które podobały się Tobie, nie mnie. Mój gust się nie liczył. Nawet mnie nie pytałeś, bo po co? Kupiłeś mi do szkoły wstrętną, bordową torbę, której nienawidziłam, ale Ty byłeś zachwycony. Musiałam ją nosić przez wiele lat, bo przecież nie mogłam zakwestionować Twojego wyboru. Nie mogłam, jak inne dzieci, chodzić w trampkach. Musiałam nosić obrzydliwe granatowe juniorki, które trzymałam w jeszcze paskudniejszym też granatowym worku, a nie w zwykłej reklamówce. Wszyscy się ze mnie śmiali, ale czy Ciebie obchodziło, co przeżywałam?

 

Robiłeś prezenty sobie, nie mnie. Zresztą, co za różnica – i tak mi je po jakimś czasie odbierałeś, więc tak naprawdę nigdy nie należały do mnie. Pierwszy kasetowy magnetofon, małe radyjko, później wieża. Wszystko mi zabrałeś.

 

Kupiłeś mi regał z biurkiem, do tego krzesło i fotel. Wymagałeś ode mnie wdzięczności oraz utrzymywania porządku, którego zresztą skrupulatnie pilnowałeś, systematycznie grzebiąc mi w rzeczach i sprawdzając co, gdzie i jak mam poukładane. Wpędziłeś mnie przez to w chorobliwy perfekcjonizm, bo nawet książki na półkach miały być poustawiane pod względem wielkości. Jeśli coś było nie tak, jak sobie wymyśliłeś, nie przepuściłeś okazji, żeby mnie tresować. Jak? Oczywiście biciem.

 

Biłeś mnie za to, że moczyłam się w nocy; za obgryzanie paznokci; za złe stopnie; za to, że nie chciałam jeść kotletów mielonych, czy kapuśniaku; za to, że koleżanka zabrała mi czapkę; że w szkole ukradli mi sweter; że prawie codziennie inne dzieci wyciągały mi z torby drugie śniadanie.

 

Bicie to był cały rytuał. Musiałam położyć się na wersalce i zdjąć majtki. Najgorsze dla mnie było to czekanie – kiedy zaczniesz. Ty w tym czasie otwierałeś szafę, szukałeś odpowiedniej grubości paska, brałeś go do ręki i biłeś – konsekwentnie, miarowo, mocno i długo. Upokarzałeś mnie, wiesz o tym?

 

Zawsze musiałam mieć otwarte drzwi do pokoju, a jeśli czasem je zamknęłam, wchodziłeś bez pukania, bo przecież to było Twoje mieszkanie i nie będziesz pukał do własnych drzwi. Nie dopuszczałeś do siebie myśli, że mimo wszystko mam prawo do prywatności i powinieneś je uszanować. Dla Ciebie byłam gówniarą, która ma siedzieć cicho i wykonywać wszystkie Twoje polecenia natychmiast i od razu.

 

Jak każde dziecko miałam swoje małe marzenia. Dla mnie były one niezmiernie ważne. Próbowałam o nich mówić. Chciałam należeć do zuchów. Nie wyraziłeś zgody. Chciałam trenować karate. Też nie mogłam. Chciałam zapisać się do sekcji spadochroniarskiej. Nie wolno. Chciałam tańczyć. To też nie dla mnie. Chciałam jeździć na łyżwach. Niestety.

 

Wbrew mojej woli kupiłeś mi narty i zmuszałeś do nauki. Nienawidziłam tego robić. Chciałam, żeby się połamały, bo wtedy nie musiałabym na nich jeździć. Nie wyczuwałam w Tobie ani cierpliwości, ani spokoju, ani odpowiedniego podejścia. Wydzierałeś się na mnie i ubliżałeś mi, że nie potrafię skręcić, żeby się nie przewrócić. Jak mogłam to zrobić, skoro cała się trzęsłam ze strachu?

 

Kiedy miałam dziewięć lat i pojechaliśmy na wczasy w góry, posadziłeś mnie samą na krzesełku wyciągu. Było bardzo zimno, wiał wiatr, padał śnieg, a ja się najzwyczajniej w świecie bałam. Do tego wszystkiego w pewnym momencie wyciąg stanął. Nie wiedziałam co mam robić. Zostawiłeś mnie samą, zawieszoną na linie kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Ten strach mnie paraliżował. Byłam małą dziewczynką i miałam do niego prawo, a nie wolno mi było się do tego przyznać.

 

Wyzywałeś mnie, wyśmiewałeś, bezustannie krytykowałeś. Za wszystko i za nic. Tak po prostu. Byłam dla Ciebie głupia, tępa. Byłam zerem. To Twoje słowa. Doskonale je zapamiętałam. Używałeś ich tak często, że nie mogłam się ich nie nauczyć. Nie tylko w odniesieniu do nart. Również wtedy, kiedy nie rozumiałam czegoś z matematyki, czy fizyki i prosiłam Cię o pomoc; czy nawet kiedy chciałam obejrzeć jakiś program w telewizji. Wszystkie były głupie i nie dla mnie. To też Twoje słowa. Mogłam oglądać tylko to, na co mi pozwoliłeś i wysłuchiwać Twoich głupich komentarzy.

 

Niczego nie potrafiłeś robić delikatnie i po cichu – mówić, chodzić, kichać. Trzaskałeś drzwiami, drzwiczkami od szafek w kuchni. Nawet gazety nie umiałeś normalnie rozłożyć. Robiłeś wszystko tak głośno, że nie dało się tego nie słyszeć. W każdym Twoim zachowaniu wyczuwałam agresję. Żyłam w ciągłym poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości, żalu, bólu i cierpieniu.

 

Nienawidziłam smrodu papierosów, które paliłeś. Nie chciałam go wdychać, a nie miałam innego wyjścia. Nie myślałeś o moim zdrowiu. Również wtedy, kiedy niejednokrotnie przypalałeś mnie rozżarzonym papierosem. Pamiętam ten ból.

 

To przez Twój alkoholizm tak nagle wyprowadziła się od nas Twoja matka. Miałam wtedy dziesięć lub jedenaście lat i bardzo to przeżyłam. Nie chciałam jeść. Wyrzucałam kanapki przez okno, a później, kiedy przyłapał mnie sąsiad, do śmietnika. Bałam się zostawać sama w domu. Bałam się nauczyć zapalać gaz. Zmuszałeś mnie do tego, choć nie byłam w stanie przytknąć zapalonej zapałki do palnika. Nie rozumiałeś, że się boję. Byłam mała. Miałam prawo do tego strachu. To przez Ciebie mój kontakt z babcią był ograniczony – mieszkała na drugim końcu miasta, a ja byłam za mała, żeby sama do niej jeździć. Ty oczywiście byłeś na nią obrażony, ale dlaczego ja na tym cierpiałam?

 

Nie zapraszałam nikogo do domu, bo było mi wstyd. Nie chciałam, żeby ktokolwiek dowiedział się, że pijesz. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zobaczył Cię w takim stanie. Nikomu o Tobie nie opowiadałam. Z nikim nie rozmawiałam na Twój temat. Byłam sama. Zawsze sama. W swoim własnym świecie – książek, marzeń, ideałów. Uciekałam do niego od ponurej rzeczywistości. Od tego nieustannego koszmaru bez końca, jaki mi zgotowałeś. Od Ciebie.

 

Bałam się ludzi, byłam nieśmiała, schowana gdzieś głęboko w siebie, wycofana, za poważna jak na swój wiek. Trudno mi było się bawić i cieszyć jak każde normalne dziecko w moim wieku, tak po prostu. Czułam się inna niż moi rówieśnicy, wyobcowana, wyalienowana.

 

Wstydziłam się gdziekolwiek z Tobą chodzić, bo wszędzie robiłeś awantury z byle powodu. Ubliżałeś pani w kiosku, w sklepie, na ulicy. Kiedy chciałeś zrobić mi zdjęcie, ustawiałeś mnie jak przedmiot i kazałeś się uśmiechać na zawołanie, a ja otwierałam buzię jak do niemego krzyku, który nie mógł się ze mnie wydobyć ze strachu, jaki przed Tobą odczuwałam.

 

Wstydziłam się kiedy jeździliśmy na wczasy nad morze, czy w góry, albo do ciotki, a Ty piłeś. Wstydziłam się, że mam takiego ojca. Kiedy matka leżała w szpitalu, Ty urządzałeś libacje w domu, z kolegami. Nie miałam co jeść, bo opróżniałeś lodówkę. Nie miałam się jak uczyć, bo było za głośno. Uciekłam z domu, kiedy jeden z Twoich kumpli wszedł do mnie do pokoju, zamknął drzwi i zaczął ściągać spodnie. Wybiegłam tak, jak stałam. Kiedy pojechałam z Tobą odwiedzić matkę, która była po operacji, już do pociągu wsiadłeś pijany, potem piłeś w Warsie, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłeś na dworcu, było pójście do baru. Było mi wstyd, że wszyscy Cię widzą w takim stanie. Było mi wstyd, że jestem z Tobą. W takich sytuacjach zawsze chciałam uciec od Ciebie. Jak najdalej.

 

Panicznie bałam się wody, ale Ty na siłę wsadziłeś mnie do łódki, sam usiadłeś naprzeciwko i kazałeś jej właścicielowi wypłynąć w morze. Nie obchodziło Cię; że nie chciałam; że się bałam; że siedziałam sparaliżowana ze strachu. Byłam tak przerażona, że nie miałam odwagi krzyczeć. Marzyłam tylko o jak najszybszym dopłynięciu do brzegu.

 

Lubiłam jeździć na kolonie, bo tylko tam miałam spokój, ciszę; tylko tam czułam się bezpiecznie; tylko tam mogłam spać spokojnie; tylko tam ktoś się o mnie troszczył. Nie tęskniłam, bo nie miałam za czym i za kim tęsknić. Lubiłam chodzić do domów moich koleżanek, bo ich rodzice byli dla mnie mili i nie krzyczeli na mnie. Wszędzie było mi dobrze, byle nie w domu, który tak naprawdę nigdy dla mnie domem nie był. Przez Ciebie, Tato.

Karioka

 

Więcej na blogu Karioki:

http://niepoprawna-kontestatorka.blog.onet.pl/

Czytaj także: Najlepszy prezent urodzinowy http://www.charaktery.eu/porady/4785/Najlepszy-prezent-urodzinowy/